(Chwilowy) Powrót do Gambii

Serdecznie witam drogich czytelników po dłuuugiej przerwie!

Pewnie wielu z Was zastanawia się,  czemu już nic nie piszę i czy wszytko u nas dobrze? Odpowiedzi są proste i krótkie. Po pierwsze to bloga stworzyłem jako opis życia Polaka w Gambii, a nie życia Gambijki (z rodziną) w Polsce.  Oczywiście byłby to może i ciekawy blog, ale niestety obowiązki i nasz europejski brak czasu nie pozwalają mi na swobodne pisanie, tak jak to miało miejsce w Gambii…

U nas OK! Już ponad dwa lata minęły od naszej przeprowadzki, nadal mieszkamy w Bydgoszczy, a nasze dziewczynki rosną zdrowo.

A dlaczego w końcu zdecydowałem się napisać? Otóż w Lutym po raz pierwszy całą rodziną udaliśmy się do Gambii na 2 tygodnie. Po dwóch latach Sonna zobaczyła swoich rodziców, a oni ją i Marysię a także po raz pierwszy naszą Ewunię. Odwiedziliśmy rodzinę, pokazałem dzieciakom wszelakie atrakcje i co najważniejsze wyrobiliśmy Sonnie nowy paszport, gdyż poprzedni niedługo traci ważność a wyrobienie go w Europie jest praktycznie niemożliwe. Niestety tym razem nie udało się pojechać do mojej ulubionej Kesser Kundy (wsi Sonny) ale stratę tę z pewnością nadrobimy następmnym razem.

Patrząc po “internetach” widzę, że powoli blogi pisane zanikają a blogerzy stają się vlogerami i publikują filmy. Czas więc iść za postępem i zamiast zbędnie się rozpisywać, opublikować film podsumowujący naszą wyprawę:

 

 

 

 

Pół roku minęło jak jeden dzień.

Ostatni wpis na tym blogu pochodzi ze Stycznia tego roku. Od tej pory minęło grubo ponad pół roku, a Gambijski Tubab milczał jak grób. Czyżby nie było ciekawych tematów związanych z Gambią lub życiem codziennym polsko-gambijskiego małżeństwa? Bynajmniej! Działo się wiele, nawet bardzo wiele zarówno w Polsce jak i na Czarnym Lądzie. Zacznijmy zatem od nadrabiania strat. Alfabetycznie…

A jak Afryka.

Jak informowałem w ostatnim wpisie, od naszego wyjazdu z Gambii zaszły wielkie zmiany w tej części Afryki. Po 22 latach rządów niechętnie władzę oddał (właściwie został do tego zmuszony poprzez interwencję senegalskiej armii) Jahya Jammeh. Obecnym prezydentem jest Adama Barrow a kraj przechodzi transformację. Trudno pisać mi jak jest, kiedy przebywam ponad 5000 kilometrów stamtąd. Z czytanych wiadomości wiem, że pierwotna euforia minęła, a kraj boryka się takimi samymi problemami jak wcześniej czyli z biedą, przerwami w dostawach prądu i bezrobociem. Bardzo ucierpiała turystyka, o czym będzie dalej.

B jak Bartodzieje

Kto kiedykolwiek zaglądał na mojego poprzedniego bloga to wie skąd pochodzę. Nigdy nie zapomnę, gdy w Gambii pewien biały chłopak zapytał mnie na ulicy po polsku: „czy ty nie jesteś przypadkiem z Bartodziejów?…”. Tak, stamtąd właśnie jestem i nigdy się tego nie wyrzeknę! Na tym naszym pięknym blokowym osiedlu przyszło nam mieszkać od grudnia do lipca. Z przestronnego choć niedużego domu w Gambii trafiliśmy do kawalerki w budynku tak wielkim, że na Uśmiechniętym Wybrzeżu Afryki nie miałby sobie równego! Chcieliśmy Europy, to mamy 🙂 Jednak mieszkanie na Bartodziejach miało też swoje zalety. Dziadków naszej Marysi (a później nie tylko jej) mieliśmy kilka pięter nad sobą. Aby zostawić u nich Marysię musieliśmy przejechać się jedynie windą. W okolicy mieliśmy też atrakcje takie jak bydgoski Balaton, piękne place zabaw i bartodziejski rynek, służący Sonnie za marną imitację bazaru w Serrekundzie.

C jak czas

Ryszard Kapuściński przedstawił w jednej ze swoich książek wypowiedź mieszkańca Afryki, który pozwiedzał do niego, że my mamy zegarki a oni (Murzyni) mają czas. Niestety w dzisiejszych czasach to stwierdzenie jest chyba bardziej prawdziwe niż kiedykolwiek wcześniej. Jakby się mnie ktoś zapytał za czym najbardziej tęsknie to właśnie za większa ilością czasu który miałem dla siebie (i dla rodziny) w Gambii. Teraz mam poczucie, że na nic mi go nie starcza, a bardzo wielu zaplanowanych rzeczy nie dałem rady zrealizować. Wie też z pewnością o tym i czytelnik, widząc przerwy w pisaniu bloga, brak aktywności na stronach i widz czekający na kolejne produkcje wideo („Skodilakiem do Afryki” utknęło w Hiszpanii…).

D – jak dziadkowie

Przy literce D z kolei czas na to z czego się w Polsce najbardziej chyba cieszę. Dziadkowie, a dokładniej ich bliskość. To ogromne łatwiej móc zostawić u nich potomstw lub poprosić ich o załatwienie jakiś spraw w naszym imieniu. W Gambii moi teściowie mieszkali 300km od nas więc takiej możliwości nie mieliśmy. Teraz mieszkamy nieco dalej od rodziców, jednak nadal możemy odstawiać Marysię na weekendy lub prosić o odebranie jej z przedszkola.

E jak Ewunia

1 Marca 2017 roku był najważniejszym dla nas dniem od czasu przyjazdu do Polski. Tego dnia w szpitalu MSWiA w Bydgoszczy urodziła się nasza druga córeczka – Ewa. Tak jak Marysia nie grzeszyła rozmiarami i ważyła tylko 2200g. Zbytnio nas to nie martwiło, ponieważ córuś urodziła się zdrowa i szybko zaczęła rosnąć.

F jak fantastycznie

Czasem i tak bywa. Mojej żonie wbrew wszelkim obawom Polska się bardzo podoba, w szczególności od kiedy temperatura powietrza wzrosła znacznie ponad 15 stopni. Niestety taki stan zbyt długo się już nie utrzyma i wróci do nas zima (podobno stulecia).

G jak Gambia

Tak jak wspomniałem w punkcie A. Trudno mi dużo pisać o Gambii skoro nas tam nie ma. W ogóle Polaków w tym roku tam mało, gdyż w związku z napiętą sytuacją polityczną w grudniu zawieszono loty z Polski. Stan ten (braku lotów, a nie napiętej sytuacji) utrzymuje się po dziś dzień. Na szczęście od początku listopada loty zostaną wznowione (a już od 2 października zaczną latać samoloty z Holandii). Zapraszamy zatem na Uśmiechnięte Wybrzeże! Od zeszłego roku w Brusubi działa Afree Hostel, którego właścicielem jest mój kolega – Marek Król. Wkrótce będzie można też skorzystać z Bungalowów w miejscowości Sanyang, a jeśli kogoś interesują arcyciekawe wyprawy w niewielkim gronie ciekawych osób ukazujące prawdziwą Afrykę z doświadczonym przewodnikiem i autorem National Geographic to proponuję kontakt z Dominikiem Skurzakiem z Africa Point.

H jak handel

Tak. Zakupy lubi chyba każda kobieta. Bez względu na narodowość, kolor skóry czy religię. Pod względem handlowym Polska podoba się Sonnie bardzo. Nie chodzi jej tylko o wybór towarów, które są tu o wiele bardziej zróżnicowane niż na Czarnym Lądzie (choć wielu rzeczy nie ma), ale o sposób robienia zakupów. Kto był w Afryce ten wie, że nawet spojrzenie na jakiś produkt kończy się bezustannymi namowami sprzedawcy do jego kupna. Wielu turytów to denerwuje, ale co ciekawe denerwuje to nawet autochtonów. Możliwość spokojnego chodzenia po sklepie, oglądanie i przymierzania wszelkich towarów a następnie brak narzekań sprzedawcy, jeśli nic się nie kupiło bardzo się podoba mojej żonie.

I jak imigracja

Czytając opinie obcokrajowców (lub słuchając ich opowieści) wiedziałem że uzyskanie karty pobytu w Polsce nie jest rzeczą łatwą. Po cichu liczyłem tylko na to, że fakt posiadania dziecka (wtedy na świecie była tylko Marysia) nam to ułatwi. Nie myliłem się. Mimo że umieliśmy spełnić wszystkie formalne warunki, co wiązało się z godzinami spędzonymi w Urzędzie do spraw Obcokrajowców, poniesionymi opłatami i koniecznością wynajęcia tłumacza przysięgłego, nikt nie sprawił nam kłopotów. Przesłuchanie (czy małżeństwo nie jest fikcyjne) które jest jednym z warunków uzyskania karty wyglądało na czystą formalność. Mimo że cała procedura trwała bardzo długo (ponad 3 miesiące) to obyło się bez problemów i w marcu Sonna odebrała wymarzoną kartę pobytu.

J jak jedzenie

Bez niego żyć się nie da (no chyba że pod kroplówką, ale co to za życie?). Powiem szczerze, że trochę się bałem jak Sonna odnajdzie się u nas pod względem kulinarnym. Brak wielu afrykańskich produktów uniemożliwia sklonowanie gambijskiej kuchni, jednak po ponad 9 miesiącach pobytu w Polce muszę przyznać że sobie nieźle radzi. Poza tym, że smakuje jej wiele polskich potraw (w szczególności tych zawierających ziemniaki, które w Afryce są dobrem luksusowym) to udaje się jej odtworzyć cześć specjałów Gambijskich. Z dostępnego u nas masła orzechowego da się zrobić domodę, a ryż jaśminowy przypomina nam ten jedzony w Gambii. Z naszej wyprawy do Szwecji (o której później) przywieźliśmy olej palmowy i maniok, dzięki którym Sonna przygotowała pyszne ebe (niestety bez krabów). Co ciekawe dziś udało mi się znaleźć maniok w jednym z supermarketów w Bydgoszczy!

L jak lato

Gdy przylecieliśmy w grudniu i czekała nas cała zima Sonna nie chciała mi uwierzyć (mimo, że pokazywałem jej zdjęcia), że nadejdzie taki czas, w którym dzień trwa przez większą część doby, a wychodząc choćby w najbliższą okolicę nie trzeba się ubierać w ciepłe ciuchy i buty. Całe szczęście lato (choć wcale nie najcieplejsze) nadeszło i moja małżonka przekonała się sama. Korzystaliśmy z lata w typowy sposób, chodząc na spacery i jeżdżąc na działkę, bo przecież opalać się nie będziemy.

l-prosper.jpg

 

M jak Maria Mariatou

Marysia rośnie nam jak na drożdżach i czuje się w Polsce jak ryba w wodzie. Nie chcę się chwalić ale trochę tu robi furorę. Czasami przypadkowe osoby na ulicy pytają czy mogą jej zrobić zdjęcie. Poza wyglądem potrafi urzec swoim zachowaniem. Przyzwyczajona do pełnego domu w Gambii nikogo się nie boi, jest przyjazna, a dodatkowo teraz już całkiem dobrze mówi po Polsku. Od czasu narodzin Ewuni do naszej przeprowadzki w lipcu (o tym za chwilę) praktycznie mieszkała u swoich dziadków, co znacznie przyspieszyło jej naukę ojczystego języka. Od września nasza córeczka zaczęła nawet uczęszczać do przedszkola, które się jej bardzo podoba.

N jak nauka

To coś czego zdecydowanie Sonnie potrzeba, aby się w pełni zaadaptować w naszym pięknym kraju. Oczywiście chodzi mi tu o naukę języka. Na razie, dopóki Ewunia jest malutka uczęszczanie do szkoły odpada, ale na szczęście w domu mamy też nauczycielkę. Jest nią oczywiście nasza starsza córka. Marysia z każdym dniem chwyta nowe wyrazy i z wielką chęcią dzieli się tą wiedzą z mamą.

//pagead2.googlesyndication.com/pagead/js/adsbygoogle.js

(adsbygoogle = window.adsbygoogle || []).push({});

O jak organizacja

Z tym o mam problem. Wspomniałem już o jej (organizacji) braku przy temacie czasu. Mam bardzo duże plany związane z publikacją wpisów, zdjęć i filmów z Gambii a także z prowadzeniem stron na ten temat, ale niestarty rzeczywistość pokazuje że prawdopodobnie ine dam rady zrealizować wszystkich.

P jak praca

Pracy zacząłem szukać od razu po przylocie i trochę zacząłem się niecierpliwić zanim coś znalazłem. Dokładnie po 4 miesiącach od przylotu do Polski zacząłem pracować w biurze pewnej korporacji i muszę przyznać że jest to pierwsza tego rodzaju praca w moim życiu. Jako że z natury dość łatwo przystosowuję się do każdych warunków, swoją pracę zaakceptowałem i po prawie pół roku jestem z niej zadowolony. Sonna przez ciążę i konieczność opieki nad Ewunią a także z braku znajomości polskiego na razie nie pracuje, ale z pewnością za jakiś czas ulegnie to zmianie. Pozwolenie na pobyt z powodu małżeństwa zezwala na taką ewentualność i prędzej czy później z niej skorzystamy.

R jak rasizm

Bałem się przed przyjazdem. Nie ukrywam. Internet aż huczy od nienawistnych komentarzy wobec wszystkich innych niż rodowici Polacy czystej krwi (czy w ogóle ktoś się kiedyś zastanawiał, czy tacy w ogóle istnieją?). Całe szczęście „real” nieco różni się od sieci i jak na razie moja małżonka nie doznała żadnych przykrości ze względu na jej kraj pochodzenia czy kolor skóry. Marysia również swoją ciemniejszą karnacją wzbudza wszechobecny podziw a nie nienawiść.

S jak Szwecja

Nikt nie przewidywał, że kierunkiem pierwszej naszej zagranicznej wyprawy zostanie Szwecja. Decyzję o odwiedzinach Sztokholmu podjęliśmy ponieważ to właśnie tam mieszka bliska przyjaciółka Sonny. Dodatkowym czynnikiem motywującym okazała się cena biletów lotniczych, które udało nam się kupić za 40zł/os w jedną stronę (oj to będzie radosna chwila kiedy tanie linie dotrą do Czarnej Afryki). Nasze zwiedzanie Sztokholmu nie ograniczyło się tylko do starego miasta (którego zwiedzanie de facto bardzo ograniczyliśmy). Kierowaliśmy się raczej w mało uczęszczane przez turystów dzielnice w poszukiwaniu afrykańskich sklepów. Dotarliśmy nawet do owianego złą sławą Rinkeby, gdzie trudniej spotkać białych niż na gambijskiej Senegambii (turystycznej dzielnicy). Najważniejsze że nasze poszukiwania okazały się owocne i do Polski wróciliśmy z walizką pełną manioku, oleju palmowego, masła orzechowego, przyprawy w kostkach Jumbo i paru innych drobiazgów. Razem z nami na wycieczkę pojechała Ewunia, która świetnie się spisała jako mała turystka. Na koniec wycieczki byłem bardzo zadowolony, kiedy Sonna powiedziała, że oprócz różnorodności ludzi (szwedzka wielokulturowość) kraj ten wcale się wizualnie nie różni od Polski.

T jak turystyka

Z czynnego uczestnictwa w kształtowaniu światowej turystyki (no bo czymże innym było oprowadzanie wycieczek po Turcji czy organizacja wypraw po Gambii) stałem się zwykłym szarym turystą i to w dodatku lokalnym. Oprócz wspomnianej punkt wcześniej wyprawy do Szwecji, nasze wojaże nie przekraczały 100 km. Najczęściej jeździliśmy do Prosperowa na działkę, ale odwiedziliśmy też rodzinę w Kołodziejewie na Pałukach a także spędziliśmy jeden dzień w Toruniu. Tam okazało się, że stare budynki nie stanowią dużej atrakcji dla mojej małżonki. Przez bezmiar obowiązków niestety zaniedbałem stronę polafri.pl i zawarte na niej informacje się zdezaktualizowały. Mam nadzieję, że niedługo się za stronkę ponownie zabiorę.

U jak Uprawy

Kto mnie zna bliżej wie, że wszelkiego rodzaju roślinki lubię nie od dziś. W Gambii prowadziłem hodowlę pomidorów i papryk w donicach i to samo postanowiłem zrobić w Polce. Uprawa od nasionka jest w Gambii zdecydowanie łatwiejsza niż u nas. Wyciskamy pomidora do doniczki i czekamy aż wyrośnie. W Polsce musiałem przygotować nasady, a później przesadzić je do większych doniczek lub do gruntu na działce. Niestety przez deszczowe lato, pomidory gruntowe całkowicie mi pogniły, za to te w donicach na balkonie wraz z paprykami wyrosły wzorowo.

u-uprawy

W jak Wyżyny

Wyżyńskiego Globtrotera Sytuacje nie brzmią za ciekawie dlatego przy okazji pisania o czekających mnie podróżach (mam nadzieję) zostanę Bartodziejskim. Od początku lipca przeprowadziliśmy się do większego mieszkania w innej dzielnicy Bydgoszczy, która jak zapewne się czytelnik domyśla nazywa się Wyżyny. Okolica nasza ładna, place zabaw piękne, sklepów pod dostatkiem, do dziadków nadal nie zbyt daleko i tylko do pracy mam 2 km dalej.

W-blok
Wstaw podpis

Z jak zima

Zima była na początku naszego pobytu w Polsce a w tym wpisie musiała się z przyczyn stylizacyjnych znaleźć się na końcu. Nie powinno to dziwić, że była to pierwsza zima w życiu dla Sonny i Marysi. Całe szczęście mrozy i śniegi nie dały się nam zbytnio we znaki a największym zaskoczeniem nie były wcale temperatury (bo zimna się Sonna spodziewała) a bardzo krótki dzień. Chrzest bojowy moje dziewczyny przeszły w święto 3 Króli kiedy to razem udaliśmy się na Stary Rynek w Bydgoszczy. Temperatura spadła tego dnia do prawie 10 stopni poniżej zera a ulice pokrywał biały puch. Obie dziewczyn y wytrzymały godzinę stania na mrozie, z czego większość czasu Marysia przespała.

Z-zima01

Gambia na skraju wojny!

Proszę się nie bać! Tytuł miał być chwytliwy. Może poczytność mi zwiększy? Sam nie jestem aż tak kreatywny, żeby coś takiego wymyślić. Zapożyczyłem go tylko z jednego z portali internetowych. Szanowni panowie redaktorzy z pewnością zacierali już ręce, że szykuje się konflikt w nudnym regionie Afryki. Mało tego! Na miejscu byli Polscy turyści i nie było wiadomo, czy zdążą uciec przed zbliżającą się wojną. „Niestety” mimo że ostatnich (po Anglikach i Holendrach), Polaków jednak ewakuowano , a konflikt się nie rozpoczął. Dziennikarze zawiedzeni. Sensacji nie było.

Ale od początku… Co się w ogóle stało w Gambii i dlaczego Gambijski Tubab nic o tym nie pisał? Może zacznę od drugiego pytania. Nic nie pisałem, bo czekałem na rozwój sytuacji. Nie chciałem pisać, że wszystko jest w porządku, bo pomimo że cały czas w Gambii panował spokój to nikt nie wiedział czy tak zostanie. Z drugiej strony nie chciałem wzbudzać niepotrzebnej paniki i martwić moich czytelników.

W czym cały ambaras? Otóż pierwszego grudnia 2016 roku odbyły się w Gambii wybory prezydenckie. Samych wyborów wiele osób się obawiało i atmosfera była dość napięta. Odczuliśmy to na własnej skórze, gdyż było to jeszcze przed naszym przylotem do Europy. Jak to wyglądało? Po pierwsze od wieczora poprzedzającego do poranka kolejnego dnia po wyborach Gambia była odcięta od świata. Nie działał internet i międzynarodowe połączenia telefoniczne. W dniu wyborów ulice były prawie puste. Ludzie szli do urn a następnie udawali się do domów z niepokojem oczekując wyników. Tak na wszelki wypadek. Oficjalne wyniki miały zostać ogłoszone następnego dnia. O poranku drugiego grudnia tradycyjnie poszedłem po chleb na śniadanie, ale nie mogłem go nigdzie znaleźć. Dopiero po jakimś czasie dowiedziałem się od kuzyna Sonny, że w jego okolicy „rzucili” chleb. Oprócz tego powiedział mi, że wybory najprawdopodobniej wygrał Adama Barrow, czyli oponent urzędującego prezydenta. Doniesienia zdawał się potwierdzać zakupiony chleb. Tak, tak. Jak zazwyczaj zawinięty był w gazetę, tyle że tym razem była to gazeta sprzed 4 lat (!) z przedartym w połowie twarzy wizerunkiem dotychczasowego prezydenta. Sprzedawca czekał 4 lata aby móc owinąć chleb w prezydenta, uprzednio uszkadzając go nieco (prezydenta, nie chleb). Wcześniej nigdy z podobnym przypadkiem się nie spotkałem!

Jako że był to w praktyce ostatni dzień naszego pobytu w Gambii, miałem do załatwienia parę spraw, w tym spotkanie z Markiem, polskim kolegą, który również mieszka w Gambii. Jadąc do niego pustą ulicą i słuchając liczenia głosów w radiu, minąłem rondo „Turntable”, na którym nie było prawie nikogo oprócz żołnierzy kontrolujących nieliczne samochody. Nie skłamię, jeśli powiem, że atmosfera była grobowa. Czym się dziwić? Jahya Jammeh rządził niepodzielnie przez 22 lata, a tu jaskółki ćwierkają, że przegrał. Nikt wtedy nie miał pojęcia jak dotychczasowy prezydent zareaguje.

Dotarłem do Marka i rozmawiałem z mieszkającymi z nim Polakami gdy nagle na pobliskiej ulicy usłyszeliśmy wrzask. Najpierw pojedynczy krzyk kobiety, a następnie dołączające do niego głosy innych osób. Wyszliśmy na taras i zobaczyliśmy, że ulice zapełniają się wiwatującymi ludźmi. Dotarło w końcu do nas, że komisja wyborcza ogłosiła oficjalne wyniki, czyli przegraną Jammeh’a. Wracając mijałem to samo, a jednak zupełnie inne rondo. Po żołnierzach nie było już śladu, a ich miejsce zajął świętujący tłum, od niechcenia, ale z radością przepuszczający przejeżdżające samochody. Nagrałem tego dnia dwa krótkie filmy, które prezentuje na końcu tego wpisu.

Co było dalej? Niestety przekaz „z pierwszej ręki” w tym momencie się kończy, ponieważ wieczorem drugiego grudnia, czyli w dzień ogłoszenia wyniku wyborów musieliśmy się udać z Sonną i Marysią na lotnisko, aby polecieć do Polski.

Pomimo że nie było mnie na miejscu to oczywiście mogę opisać co było dalej… Po przylocie do Polski na bieżąco śledziłem internetowe wiadomości z Gambii, kontaktowałem się z ludźmi na miejscu i otrzymywałem ważne informacje od poznanego w Gambii polskiego dziennikarza i fotografa – Dominika Skurzaka (który również organizuje wyprawy do Afryki).

Chwilę po ogłoszeniu oficjalnych wyników Jahya Jammeh uznał swoją porażkę i telefonicznie pogratulował swojemu oponentowi. To wzbudziło ogólną radość. Wielu nie mogło w to uwierzyć, i co czas pokazał, mieli oni ku temu swoje powody. Niecały tydzień później komisja wyborcza wydała komunikat, że w jednym z okręgów wyborczych źle policzono głosy i po ponownym przeliczeniu przewaga Barrow’a w skali całego kraju zmniejszyła się z 9 do 4 punktów procentowych nad Jammeh’em. Były prezydent zareagował bardzo gwałtownie – ogłosił, że nie uznaje wyników wyborów i domaga się ich powtórzenia!!! Uśmiechnięte Wybrzeże Afryki ponownie zakryły gęste chmury niepewności. Wojsko znów pojawiło się na ulicach, przejęło budynek komisji wyborczej a wiele osób (w tym Adama Barrow) uciekło za granicę. Pozamykano część sklepów, ulice ponownie opustoszały. Rozpoczęła się też presja środowiska międzynarodowego na krnąbrnego prezydenta. Praktycznie wszystkie organizacje międzynarodowe nawoływały go aby ustąpił i pozwolił na mająca się odbyć 19-go stycznia inaugurację Barrow’a. Kluczowym graczem okazała się tu mało znana w Polsce Wspólnota Gospodarcza Państw Afryki Zachodniej (ECOWAS), do której Gambia należy. Jej członkowie uzgodnili, że jeśli prezydent Jammeh nie ustąpi dobrowolnie to zostanie usunięty siłą przez wojska ECOWAS (głównie senegalskie i nigeryjskie siły). Ludzie zaczęli masowo uciekać z nadmorskich miejscowości. Część wyjechała za granicę (szacunkowo ok 45 tys. osób czyli ponad 2% ludności kraju), inni szukali spokoju w tak zwanych prowincjach, czyli wiejskich obszarach w głębi kraju. Im bliżej było do 19-go stycznia, tym bardziej atmosfera gęstniała.

Co ciekawe prawie cały ten czas w Gambii przebywali zagraniczni turyści. Biura podróży zdecydowały się na ich ewakuację dopiero w ostatniej chwili. Jeszcze 18-go stycznia rano na stronie polskiego biura podróży można było znaleźć ofertę lotów do Gambii. Popołudniu oferta zniknęła, a kolejnego dnia odbyła się opóźniona o 10 godzin ewakuacja.

W tym miejscu pozwolę sobie na małą dygresję. Zauważyłem, że w polskojęzycznych mediach temat polskich turystów w Gambii był długo pomijany. Według mnie wynikało to z całkowitego braku zainteresowania tematem przez naszych dziennikarzy i potraktowanie go po macoszemu. No bo jak rozumieć fakt, że opisywano ewakuację brytyjskich turystów, a zupełnie pomijano naszych (do czasu aż ci wrócili do Warszawy)? Odpowiedź jest prosta. Nasze (polskie) artykuły bazowały początkowo na tłumaczeniach artykułów angielskojęzycznych, które o naszych turystach oczywiście nie wspominały. I mam do dziennikarzy żal. Rozumiem, że wysłanie ich na miejsce raczej nie wchodziło w grę z powodu na olbrzymie koszty, no ale nikt mi nie powie, że telefon do jedynego biura podróży organizującego własne loty do Gambii to wielki wydatek. Dodatkowo sporo informacji mogła z pewnością udzielić polska ambasada w Maroku, pod której jurysdykcją jest Gambia. Tyle że nikt nie pofatygował się zapytać. Dopiero, gdy ewakuowani turyści byli już na lotnisku w Warszawie, to przypominało się o nich niektórym redakcjom. Polacy w swoich relacjach głównie krytykowali późną decyzję biura o ewakuacji (wylecieli bodajże jako ostatni Europejczycy), ale też jednym głosem zapewniali, że na miejscu panował spokój (nie licząc chaosu na lotnisku).

Co stało się dalej? Nic strasznego. Zgodnie z zapowiedziami wojska ECOWAS weszły do Gambii nie napotykając jednak żadnego oporu. Szef Gambijskiej armii po raz kolejny zmienił strony i w obliczu oczywistej klęski opowiedział się po stronie Barrow’a. Mimo wszystko Jahya Jammeh nie zamierzał ustępować i nie chciał opuścić pałacu prezydenckiego. Podobno w ostatniej chwili zwolnił wszystkich ministrów i sam reprezentował cały rząd. Gotowe do natarcia wojska nie paliły się do rozlewu krwi i dawano krnąbrnemu prezydentowi coraz to więcej czasu na rezygnacje. W międzyczasie zgodnie z zapowiedziami 19 stycznia w ambasadzie Gambii w Dakarze (Senegal), zaprzysiężony został Adama Barrow. Przez krótki czas Gambia posiadała dwóch urzędujących prezydentów, w tym jednego na uchodźstwie. Ostatecznie po rozmowach z prezydentami Mauretanii i Gwinei, Jahya Jammeh uznał swoją porażkę i wyleciał z Gambii do Gwinei (a później najprawdopodobniej do Gwinei Równikowej). Wsiadając do samolotu ustępujący prezydent wcale nie był smutny. Nawet się uśmiechał. Jak później się okazało z narodowego skarbca zniknęło 11 milionów dolarów. Na emeryturę pod palmami wystarczy.

Na dzień dzisiejszy (tak jak z resztą do tej pory) w Gambii panuje spokój. Mieszkańcy wracają, a biura turystyczne wznawiają loty. Jedną z pierwszych decyzji nowego prezydenta było usunięcie przedrostka „Islamska” z nazwy kraju (nadanego przez Jammeh’a w 2015 roku). Na inne decyzje musimy poczekać.

Pewnie każdy czytelnik ciekawy jest teraz jaka jest moja opinia o poprzednim prezydencie, za którego rządów przyszło mi mieszkać w Gambii? Jak widać ani razu na tym blogu nie nazwałem go dyktatorem. Nie lubię tego określenia. W dzisiejszych czasach ma ono zbyt polityczny wydźwięk. Dyktatorów nie nazywa się dyktatorami przez ich stosunek do władzy i społeczeństwa, tylko przez to, po czyjej stronie stoją. Te same osoby, tak samo twardo rządzące przez wiele lat nazywa się prezydentami (Kadafi, Hussein, Assad) by w pewnym momencie przypiąć im łatkę dyktatorów i fizycznie unicestwić. Z drugiej strony mamy królów, książąt czy emirów, którzy mają władzę absolutną, nie pozwalają nawet prowadzić samochodów kobietom i uznają tylko jedną religię, ale w środowisku międzynarodowym stoją po „tej słusznej” stronie. Przez własny pryzmat muszę powiedzieć, że Gambia za panowania Jammeh’a była krajem bezpiecznym, przyjaznym dla obcokrajowców i tolerancyjnym. Oczywiście była też krajem biednym, jak wiele innych w tej części świata, jednak zarzucanie, że przez ponad 20 lat rządów, Jahya Jammeh nie zrobił nic aby rozwinąć kraj jest po prostu kłamstwem. Czy zrobił wystarczająco dużo, czy za mało, nie mi to oceniać… Czytając większość artykułów na temat minionych zajść w Gambii można odnieść wrażenie, że cała Gambia nie chciała Jammeh’a. Gdzieś tam rozmywa się informacja że w demokratycznych (nikt oprócz samego byłego prezydenta nie zarzucał fałszerstwa) wyborach Jammeh przegrał 4 punktami procentowymi. Oznacza to, że bardzo wielu Gambijczyków mimo wszystko głosowało na niego. Głosowali na to co już znali i co wcale nie oznaczało dla nich ani dyktatury ani tyrani. To młodzi obalili Jammeh’a. W całym swoim życiu znali tylko jego. Znali bezrobocie i śmiesznie niskie zarobki, znali wszechobecną korupcję, znali autobusy wywożące setki ludzi w kierunku Mali, Nigru i Libii, skąd te setki ruszały w ekstremalnie ryzykowną podróż pontonami do Europy . Znali podstarzałych, otyłych europejskich turystów spędzających czas z ich gambijskimi rówieśnikami. To wszystko znali i chcieli zmiany. Dlatego za zmianą zagłosowali. Co ze zmiany wyjdzie? Czas pokaże… Życzę Gambii szczęścia i pokoju!

Pierwszy film z 2 grudnia 2016:

Drugi film z 2 grudnia 2016:

pusta_ulica
Puste ulice przed 19-stym grudnia.
military
Wojsko gambijskie przygotowane na inwazję. W tle najwyższy budynek w Gambii.
must_ho
Jak mus to mus.
celebracje_turntable_02
Radość na Turntable po wejściu senegalskich wojsk 19-go grudnia.
celebracje_turntable
Z wielką nadzieją w stronę zmiany.

Do Polski v. 2.0

Ciekawe czy drodzy czytelnicy pamiętają jeszcze dawny wpis sprzed ponad półtorej roku o naszej nieudanej wyprawie do Polski? Do dziś smutek zalewa moje serce, gdy przypominam sobie naszą prawie miesięczną i bezskuteczną tułaczkę od Gambii po Mauretanię.

Formalne możliwości przyjazdu Gambijczyków do Polski do dziś nie uległy zmianie. Mimo planów i zapowiedzi, konsulat RP w Dakarze (Senegal) nadal nie funkcjonuje, a marokańska placówka nadal odmawia (w większości przypadków) wydawania wiz Gambijczykom. Bez marokańskiej wizy nie są oni w stanie legalnie przyjechać do Rabatu, gdzie mieści się właściwa im polska placówka. Czyli dzięki (nie)uprzejmości marokańskich władz, Gambijczycy nie mają możliwości ubiegania się o wizy do naszego pięknego kraju…

Mimo nadziei, perspektywy mojej turystycznej działalności w Gambii nie rysowały się dobrze. Przez ograniczenia formalne i specyficznie skonstruowane prawo pozostały mi dwie możliwości. Obie złe. Po pierwsze mogłem nadal pozostać niezarejestrowanym i wozić polskich turystów swoim Skodilakiem (co bardzo dobrze mi szło w poprzednim sezonie) lub zacząć współpracę z miejscowym biurem podróży i działać całkiem legalnie.

W pierwszym przypadku ostatecznie skończyłbym na policji a może nawet i więzieniu. Już kilka osób zainteresowało się moja działalnością i nie omieszkały zgłosić tego do odpowiednich organów. Po kilku ostrzeżeniach postanowiłem więcej nie kusić losu.

Rozwiązanie drugie skończyłoby się na tym, że robiąc cały marketing i prowadząc wycieczki pracowałbym bardzo dużo a zarabiał bardzo mało, większość oddając mojemu pracodawcy lub nie pracował praktycznie wcale, bo na bardzo drogie wycieczki nikt nie chciałby jeździć.

Dlatego w okolicach lata zacząłem myśleć nad trzecią drogą, a mianowicie przeprowadzką do Polski z całą rodziną. Plan ten tak mnie zajął, że nie miałem absolutnie żadnej weny na pisanie czegokolwiek na tym blogu a zdradzać planów też nikomu nie zamierzałem. Stara afrykańska maksyma, powstała zanim jeszcze rydwan Heliosa przypalił Etiopom skóry, głosi że im więcej osób o Twoich planach wie, tym mniejsze masz szanse na ich powodzenie.

Tylko jak tu lecieć? Przecież Marokańce wizy nie dadzą? Sprawdzać tego nawet nie chcieliśmy. Wyprawa do Dakaru, rezerwacje biletów lotniczych i hoteli to duży wydatek, a rokowania na sukces raczej niekorzystne.

Pomyślałem sobie… Mam przecież żonę i córkę. Mamy polski akt ślubu, a Marysia jest Polką. Czy to możliwe że nie uda się nam polecieć do mojej ojczyzny? Nie! Musi być jakieś rozwiązanie! I rozpocząłem kilkumiesięczną korespondencję z Ministerstwem Spraw Zagranicznych RP oraz Konsulatem RP w Rabacie. Jej przebiegu relacjonował to nie będę. Była ona zawiła, nudna, a treść wiadomości z Konsulatu objęta jest nawet tajemnicą!

Skracając maksymalnie, powiem tylko tyle, że dzięki dobrej woli Pani Magdaleny Tusińskiej, Konsul RP w Rabacie otrzymaliśmy na mocy ustawy o cudzoziemcach możliwość złożenia wniosku wizowego (oraz paszportowego dla naszej córeczki) korespondencyjnie! Wniosek został rozpatrzony pozytywnie i we wtorek 22 listopada 2016 roku otrzymaliśmy przesyłką kurierską dwa paszporty. Jeden zielony, gambijski z wbitą wizą do Polski, a drugi czerwony, polski paszport mojej Marysi.

Tak zaopatrzeni nie marnowaliśmy czasu. Posprzedawaliśmy i rozdaliśmy nasz dobytek, zakupiliśmy ubezpieczenie i bilety na bezpośredni lot do Warszawy, pożegnaliśmy się z rodziną i psem (który został stróżem pierwszego polskiego hostelu w Gambii) i w piątek 2-go grudnia wieczorem udaliśmy się na Międzynarodowe Lotnisko w Bandżulu (które wcale w Bandżulu nie leży).

Wspominając nasze poprzednie przejścia związane z próba wyjazdu do kraju wcale się nie cieszyłem. Bałem się nieprzyjemnych niespodzianek czyhających na nas na każdym kroku. Aby ich uniknąć wyrobiliśmy nawet (oprócz polskiego gambijski paszport) dla naszej córuni. Nie wiedziałem czy czasem nie będzie on potrzebny podczas opuszczania przez nią Gambii. Powiedziałem sobie, że w pełni będę szczęśliwy dopiero gdy opuścimy budynek lotniska w Warszawie.

Ku naszej ogromnej radości wszelkie moje obawy się nie urzeczywistniły. Wręcz przeciwnie. Od samego początku wszystko szło lepiej niż się spodziewaliśmy. Przez naszą Marysię na lotnisku nie musieliśmy stać w żadnych kolejkach, podarowano nam 7 kilo nadbagażu, a lot i kontrola paszportowa w Polsce przebiegły w miłej atmosferze. Marysia spała większość trwającej prawie 11 godzin trasy. Współpasażerom dała się we znaki tylko podczas pierwszego startu i drugiego lądowania samolotu, kiedy to darła się wniebogłosy. Międzylądowanie i postój techniczny na Gran Canarii przespała w najlepsze.

Na lotnisku w Warszawie czekali na nas moi rodzice, którzy zabrali nas do Bydgoszczy. W okolicach stolicy gdzieniegdzie jeszcze leżał śnieg i był to pierwszy raz kiedy Sonna i Marysia go ujrzały. W pewnym momencie podczas jazdy Sonna spytała się mnie, która jest godzina… Nie mogła uwierzyć że o 16:00 może być całkiem ciemno. To właśnie to zjawisko, a nie zimno (na które była przygotowana) było dla mojej żony największym szokiem po przylocie.

A jak nam się żyje w Polsce po 3 tygodniach pobytu? Wbrew temu co zapowiadali niektórzy moi znajomi, jest super, a Sonna jest zachwycona. Dla niej Polska wydaje się bardzo bogatym i czysty, krajem (którym w porównaniu do Gambii bez wątpienia jest). Wbrew naszym obawom nikt nie ogląda się za nami na ulicy, a nieliczne komentarze, które udaje mi się usłyszeć od mijających nas osób są bardzo pozytywne i w większości dotyczą naszej Marysi.

Na chwilę obecną ubiegamy się o pozwolenie na pobyt dla Sonny, aby mogła tu żyć i pracować na równi z innymi mieszkańcami, ja szukam pracy (co przy obecnym bezrobociu nie powinno być zbyt trudne), a razem, z niecierpliwością oczekujemy na kolejnego członka (bądź członkinię) naszej polsko – gambijskiej rodziny:)

Na koniec chciałbym uspokoić moich wiernych czytelników. To że jesteśmy w Polsce wcale nie oznacza wygaszania tego bloga. Tematów do opisanie jest mnóstwo i żeby to robić nie muszę być wcale w Gambii. Ponadto kraj mojej żony, gdzie mieszka (większa) połowa rodziny mojej córeczki będzie częstym celem naszych odwiedzin. Gambijski Tubab nadaje dalej!

przylot_31
Marysia ponad chmurami.
przylot_39
Powitanie na lotnisku.
spacer-bdg
Spacer po Bydgoszczy.
SONY DSC
Poznawanie nowych rozrywek.
swieta
Rodzinne Święta w Polsce.

W Gambii wiosna przychodzi latem

Pewnie ten tytuł dziwnie brzmi, ale dla mnie początek pory deszczowej przypomina nie początek lata, a wiosnę właśnie. Od miesiąca nad oceanem padają (nieregularnie i niebyt intensywnie) deszcze i porę deszczową można oficjalnie uznać za rozpoczętą. W głębi kraju wszystko następuje wcześniej, więc i pierwsze deszcze spadły już w połowie czerwca.

Na początek parę o słów, o tym czym właściwie pora deszczowa jest i jak się w niej żyje… Muszę o tym napisać, gdyż ta część roku nie cieszy się dobrą sławą wśród polskich (i nie tylko) turystów. Niejednokrotnie słyszałem to samo pytanie:

Panie Wojtku, a jak pan daje radę podczas pory deszczowej?

Na co dopowiadam:

Nie jest lekko ale radę dać trzeba.

A co panu najbardziej przeszkadza?

Duszne noce, kiedy nie ma prądu i nie można włączyć wentylatora.

I nie kłamię. Nigdy nie mogłem wytrzymać, gdy rozebrany prawie do naga i niczym nie przykryty leżałem w łóżku zlany potem… Piszę w czasie przeszłym, gdyż dzięki Mariuszowi ten problem przestał istnieć. Mariusz, który przyleciał do Gambii z Holandii i spotkał się ze mną aby dowiedzieć się trochę o tym kraju, obdarował mnie (Sonnę i Marię także) wieloma prezentami. Wśród nich (jako że wtedy nie działała mi jeszcze klima w Skodilaku) był niewielki wentylatorek samochodowy podłączany do gniazda zapalniczki. Klimę w końcu naprawiłem, a wiatraczek przestał być w aucie potrzebny. Przedłużyłem więc jego przewód, dorobiłem włącznik i używam go w domu. Za zasilanie służy akumulator samochodowy, wykorzystywany przeze mnie jako alternatywne źródło energii do oświetlania domu, kiedy są przerwy w dostawach prądu. Wiatraczek nad naszym łóżkiem sprawdza się znakomicie i mimo jego dość głośnej pracy razem z Sonną i Marią śpimy sobie spokojnie. Oprócz chłodzenia wiatraczek ma jeszcze jedną zaletę – uniemożliwia komarom kąsanie! Te małe owady nie potrafią utrzymać się w powietrzu nawet przy lekkim wiaterku.

No właśnie. Komary! Czy dają nam żyć podczas pory deszczowej? Oczywiście, że dają. Według mnie nie jest ich o wiele więcej niż podczas pory suchej. No może troszeczkę. Mój sposób na nie to codzienne spryskiwanie łydek (praktycznie tylko tam mnie kąsają) środkiem na komary, a do tego spanie pod moskitierą przy włączonym wiatraku. Dodam jeszcze po raz już kolejny, że w Gambii komary latają tylko i wyłącznie wieczorem, w nocy i nad ranem. W dzień siedzą pochowane i nawet w zacienionych miejscach nie stanowią zagrożenia. Zupełnie inaczej niż nasi polscy krwiopijcy.

Nie tylko komary preferują porę deszczową. Wiele zwierząt takich jak wszelkiej maści owady, ślimaki, żaby, ropuchy, a nawet węże przeczekuje porę suchą w kryjówkach, lub głęboko pod ziemią. Wychodzą one dopiero po pierwszych deszczach. Duże i bardzo popularne w Gambii jaszczurki – agamy są teraz jaskrawo ubarwione ze względu na odbywający się właśnie okres godowy. Różnice w faunie nie tylko widać (kolorowe motyle, duże ślimaki), ale również słychać. Wieczorami głośno koncertują świerszcze, żaby i Bóg wie co jeszcze. Jest to całkiem przyjemna odmiana w porównaniu do cichych nocy „zimowych”.

Zwierzęta zwierzętami, ale to jednak rośliny czynią porę deszczową czymś wyjątkowym. To niesamowite jak po pierwszej ulewie, na wypalonej słońcem ziemi pojawiają się bardzo szybko pierwsze kiełki. Pierwsze zdjęcia z tego wpisu wykonałem niecały tydzień od pierwszego deszczu. Obecnie wszelkiego rodzaju zielsko ma już około 20 cm wysokości. Gambia pięknieje. Dzikie wysypiska śmieci zarastają, kurz przestaje być problemem, bezlistne dotychczas drzewa pokrywają się zieenią, a praktycznie każda pusta przestrzeń zamieniana jest na pola uprawne. Tak jest. Turyści (a nawet niektórzy europejscy pracownicy biur podróży!) przebywający w Gambii w miesiącach zimowych mogą twierdzić, iż kraj nieużytkiem leży. Puste obszary, zarośnięte wyschniętymi chwastami dominują krajobraz. Te widoki całkowicie zmieniają się mniej więcej w lipcu. Nagle chwasty są wykaszane, palmy samosiejki pozbawia się liści (aby nie zasłaniały słońca) a ziemię się przekopuje. Puste połacie w ciągu kilku tygodni zamienią się w pola orzeszków ziemnych, okry, kukurydzy, fasoli, hibiskusa i innych upraw.

No to chyba zareklamowałem czytelnikowi porę deszczową. Naprawdę uważam, że warto i teraz Gambię odwiedzić. Plaże są puste, hotele tańsze i nawet jak pada codziennie to praktycznie nigdy przez cały dzień. Podczas opadów temperatura oscylująca w okolicach 30°C spada prawie o 10°C i robi się bardzo przyjemnie.

A co mi się nie podoba? Wspomniałem już o duchocie, ale jest jeszcze jedna rzecz związana z infrastrukturą kraju. Zapewne czytelnik domyśla się, że drogi asfaltowe stanowią w Gambii niewielki ułamek całej sieci transportowej (choć najważniejsze trasy są wyasfaltowane). Na Uśmiechniętym wybrzeżu dominują drogi gruntowe. O ile nie są zbytnio piaszczyste (można się zakopać!) to w porze suchej nie stanowi to wielkiego problemu. Gorzej, kiedy zaczynają się deszcze. Wszechobecne błoto bywa zdradliwe (można utonąć!) a mętne kałuże zajmujące całą szerokość wody to nie lada wyzwanie. Nigdy nie wiadomo, jak bardzo są głębokie, ani co kryją w swoich odmętach. Widząc takie mini jeziorka-pułapki na swojej trasie czekam na ogół na inny samochód (najczęściej taksówkę) i patrzę z której strony bierze on wielką wodę, a następnie idę w jego ślady. Jednym słowem w porze deszczowej Skodilak nie ma lekko.

Tyle w lipcu. Zapraszam do oglądania zdjęć z wiosenno-letniego przebudzenia. I jeszcze mała informacja dla osób chcących odwiedzić Gambię w przyszłym sezonie turystycznym – lada chwila pojawi się nowa oferta wycieczek lokalnych z polskim przewodnikiem na stronie polafri.pl.

wiosna_latem
Pierwsze oznaki pory deszczowej. Na dole po lewej kiełek baobabu.
krajobraz
Zmiana krajobrazu. Na ostatnim obrazku ziemia przekopana pod uprawy.
bincent
Wincent przy kałuży.
baobab
Zielony baobab.
jaszczur
Kolorowa agama.
slimak
Wielki ślimak.

Rasizm!

Miało być w czerwcu, a już lipiec. Miałem problemy z internetem, dlatego dopiero dziś publikuję obiecany wpis o rasizmie. W Polsce to słowo ostatnio modne i często spotykane, więc i ja do tematu swoje cztery grosze pragnę dołożyć. Może to głupio zabrzmi bo stary jeszcze nie jestem, ale „za moich czasów” na moim blokowym osiedlu w Bydgoszczy grupka starszych chłopaków ganiała młodszego, gdyż ten miał na sobie szalik Polski, który zamiast orła miał krzyż celtycki. Na ścianach pomazane były anarchie a miejscowa młodzież (obecnie panowie po czterdziestce, do dziś aktywni na scenie) spędzali niedzielne poranki grając punk rock’a po garażach i piwnicach. Nie mówię, że rasizm wtedy nie istniał, w piosence Makumba SKA tytułowy bohater wyraźnie stwierdził, że Polacy to rasiści, a było to ponad 20 lat temu. Ale było jednak trochę inaczej.

W 2014 roku, przed moim wyjazdem do Gambii z ciekawszych bohomazów zdobiących już nie tak szare bloki można wymienić dwa: „Wielka Polska Katolicka” oraz „Bartodzieje zawsze białe”. O tym czy są to napisy rasistowskie, można by polemizować. Szczególnie z pierwszym, bo religia katolicka do nienawiści nie nawołuje. Mało tego, dobry chrześcijanin powinien nadstawić drugi policzek, gdy otrzyma raz w pierwszy. Tylko dlaczego literki „O” przerobione były na krzyże celtyckie? Do napisu drugiego zawsze chciałem dopisać słowo „nosy” gdyż wtedy bardziej dobitnie oddawałby specyfikę mojego osiedla (a przynajmniej części jego mieszkańców, zapewne tej która napis namalowała)… Rasowo białe Bartodzieje nie były odkąd pamięcią sięgam. Głównie za sprawą bazaru na którym od lat handlują Ormianie i Wietnamczycy. Kilku Murzynów też się przez nasze blokowisko przewinęło.

Zwolennikiem poprawności politycznej nigdy nie byłem, dlatego samych napisów za zagrożenie nie uważam. Szczególnie takich, które wyżej opisałem. Gorzej jak nadgorliwi patrioci przeradzają swoje słowa w czyny. Rozumiem, że młodzi chłopcy w koszulkach Polski Walczącej i podobiznami Żołnierzy Wyklętych bronią ojczyzny przed islamizacją i tym, żeby ich dzieci nie musiały pod przymusem chodzić do meczetów… Cele to bardzo szlachetne, nie wiem tylko czy prawdziwi kombatanci którzy za znak z kotwicą gotowi byli oddać życie, na używanie ich symbolu w taki sposób zgodę wyrażają? Mimo wszystko mam parę porad dla naszych dzielnych, młodych patriotów…

Ostatnio w mojej kochanej Bydgoszczy doszło do napaści na kilkoro tureckich studentów z wymiany oraz ich kolegę (lub koleżankę) bodajże ze Słowacji. Powodem była oczywiście obrona kraju przed imigrantami i islamizacją… Moi kochani krajanie, jeśli jeszcze kiedykolwiek będziecie mieli zamiar bronić ojczyzny i atakować przypadkowych przechodniów o ciemniejszej karnacji, weźcie pod uwagę, że:

  1. Jeśli chodzi o islam, to Turcja jest bardzo podzielona. Wielu Turków narzeka na swojego prezydenta, że zbytnio odszedł od nauki twórcy nowoczesnej Turcji – Ataturka i chce z niej zrobić na powrót kraj wyznaniowy. Skąd wiecie, że Turcy których napadliście to radykałowie?
  2. Studenci z Erasmusa to nie imigranci. Większość z nich przyjechała do naszego kraju, dlatego że mamy tani alkohol i ładne dziewczyny. Pobawią się i wrócą do siebie. Nie trzeba ich w tym celu bić. Z islamizacją Polski ma to niewiele wspólnego.
  3. Turcy Turkami, ale Słowak (albo Słowaczka?), na Boga, za co???
  4. Jak bijecie właściciela kebaba, to się zastanówcie, czy na pewno jest on muzułmaninem (gdzieś już pobito chrześcijanina z Syrii), a po drugie jak nam pobijecie wszystkich kebabowców i Wietnamczyków, to gdzie do cholery będziecie się stołować?

Moim radom dotyczącym Turków możecie śmiało ufać. Dwa lata spędziłem w tym kraju (z czego rok na Erasmusie właśnie!) i wiedzę czerpię z własnych obserwacji, a nie szemranych portali internetowych.

To tyle tytułem wstępu, teraz przejdę do sedna sprawy i opiszę jak rasizm się ma w Afryce, a dokładniej w Gambii. Kiedy tu przyjechałem po raz pierwszy, byłem przekonany, że w Afryce panuje zupełnie inna forma rasizmu, a mianowicie rasizm ekonomiczny… Po czym wnoszę? Odnosiłem wrażenie, że na każdym kroku jako biały muszę płacić więcej niż czarnoskórzy. Dopiero później zrozumiałem, że jako biały uważany po prostu jestem za bardziej zamożnego i często żąda się ode mnie więcej niż od Gambijczyka. Nie należy mieć tego miejscowym za złe… Pewnie ciężko będzie w to czytelnikowi uwierzyć, ale większość Gambijczyków nie wie, że biedni biali w ogóle istnieją! Skoro stać ich na wydanie kilkuset euro na bilet lotniczy i drugie tyle, żeby relaksować się w hotelu z basenem to biedą tego nazwać nie można! I słusznie!

Z biegiem czasu zauważyłem jednak, że zawyżanie cen nie ma nic wspólnego z kolorem skóry. Jeśli sprzedawca widzi, że klient jest majętny to nie zważając czy jest on z Niemiec, Indii, Chin, Nigerii czy nawet Gambii, będzie stosował swoje cenowe czary-mary. Wszyscy jesteśmy równi w majestacie afrykańskiego wolnego rynku.

Teraz o innym rodzaju rasizmu, takim wynikającym z braku poprawności politycznej. Zacznę od historii, która jakiś rok temu przydarzyła mi się w Derby, w Anglii. Czekałem wtedy z kilkoma osobami na dworcu na autobus do Londynu. W pewnym momencie okazało się, że autobus nie przyjedzie, a przewoźnik podstawił taksówki, które miały zabrać nas do Leicester skąd mogliśmy kontynuować podróż. Kiedy wsiedliśmy do taksówek jeden z kierowców spytał się czy są już wszyscy. Kiedy powiedzieliśmy, że nie, spytał kogo brakuje. Wtedy pasażerowie mówili:

– no, brakuje jednej osoby, no mężczyzny, wysokiego…

Jednak nikomu nie chciało przejść przez gardło jedno słowo obrazowo opisujące zgubę: czarny bądź Murzyn. Właśnie takiej poprawności politycznej nie lubię. Z jednej prostej przyczyny: utrudnia nam ona życie. W Gambii nie ma z tym problemu. Opiszę to na podstawie kolejnej historii…

Jakiś czas temu szedłem z psem i mijał mnie facet w średnim wieku… Zdziwiłem się, gdy tak samo jak małe dzieci zagadnął mnie:

Hello toubab, how are you? (witaj biały, jak się masz),

na co mu odparłem z uśmiechem na twarzy:

I’m fine, how are you black man? (Mam się dobrze, a Ty jak się masz czarny człowieku?).

W Ameryce za taką odzywkę pewnie dostał bym po twarzy, w Gambii nie zrobiła ona większego wrażenia na mijanym przechodniu. Bo niby dlaczego nazywanie rzeczy po imieniu ma być rasizmem? Czy mówiąc, że ktoś jest czarny stwierdzam automatycznie, że jest on gorszy? Absolutnie tak nie jest!

Jednakże raz padłem w Gambii ofiarą zdecydowanego, werbalnego ataku o charakterze mocno rasistowskim. Atak był jednak nieco chybiony. Czas na trzecią historię…

Był wieczór, kiedy podjechałem autem w okolice dużego ronda turntable niedaleko miejsca w którym mieszkam. Miałem zamiar kupić trochę ulicznego jedzenia w postaci kuskusu i smażonej ryby dla Sonny i mnie. Gdy nie mogłem znaleźć mojej sprzedawczyni podszedł do mnie chłopak i zapytał czego szukam. Odparłem, że aczieke, a chłopak na to:

– czego???

To ja znów, że aczieke, a on dalej:

what?

Lekko zirytowany powiedziałem mu po raz trzeci, że szukam aczieke, odwróciłem się i odszedłem od niego. Wtedy chłopak nie wytrzymał i zaczął mnie wyzywać. Krzyczał, że jestem chamski i nieuprzejmy i że mam wracać do swojej p******onej Anglii 😀 Nie do końca udało mu się mnie urazić, a ja nie miałem ochoty wdawać się w polemikę z debilem i spokojnie odszedłem do samochodu. Parę osób, które były świadkami zajścia powiedziało mi, żebym się nie przejmował. To była jedyna sytuacja, gdy ktoś (nietrafnie) nawiązał do mojej narodowości i kazał mi wynosić się z Gambii… Na dwa lata mieszkania to chyba jednak mało.sonna_bgs_draw

Wszystkiego najlepszego Marysiu!

Nie wiem czy to pech, czy szczęście urodzić się w dniu dziecka. Taka data trafiła się mojej Maryście i choćbyśmy chcieli to tego nie zmienimy. No chyba, że w ramach dobrej zmiany w Polsce dzień dziecka zostanie przesunięty. Co do Gambii to niestety nie wiem, czy takie święto tu istnieje i jeśli tak, to w jakim dniu przypada.

Czas leci i pierwszego czerwca 2016 roku naszej córeczce stuknął rok. Nie było mnie przy narodzinach, ani przy skromnej, miejscowej uroczystości nadania imienia więc z Sonną postanowiliśmy, że rok życia naszej pierworodnej obchodzić będziemy hucznie… Czytelnik zapewne zastanawia się co słowa te znaczą w kontekście Afryki… Odpowiadam zatem i zacznę od przygotowań, które ukażą skalę przedsięwzięcia.

Tuż przed uroczystością zakupiliśmy: 20 kilo mrożonych ćwiartek kurczaka z Brazylii Niestety gambijskie kurczaki nie są łatwo dostępne (nie licząc żywych), a do tego są dość drogie, worek cebuli, 5 kilo makaronu bezjajecznego (taki akurat podaje się tu z kurczakiem na imprezach), koło 7 kilo manioku, 1,5 litra oleju palmowego, kilka kilo owoców baobabu (na napój), 20 krabów, 2 kilo ziemniaków, 8 bananów no i dwupoziomowy tort. Aby to wszystko ogarnąć, rano przyszło do nas chyba 6 znajomych Sonny i zaczęły przygotowywać jedzenie. Kurczaka przyrządzono w tradycyjnym sosie cebulowym (coś jak senegalska yassa) i podawano z makaronem. Z krabów, ziemniaków, manioku, wędzonych ryb bonga, octu i oleju palmowego przygotowano pyszne ebe (chyba kiedyś o nim na blogu wspominałem), a z baobabu, skondensowanego mleka i bananów uzyskaliśmy orzeźwiający napój.

Oprócz jedzenia, zadbaliśmy o jednorazowe naczynia do jego podania (tak, tak, czasy jedzenia z liści banana odeszły już niestety w niepamięć) i wystrój naszego domu. Ponieważ nadal mamy porę suchą, wszystko odbywało się na zewnątrz. Wynajęliśmy w tym celu 24 krzesła (wynajmowanie krzeseł na imprezy w Gambii to popularny biznes), ustroiliśmy podwórko balonami, a na werandzie ustawiłem głośniki, które normalnie używamy do telewizora. Przygotowany byłem także na ewentualne odcięcie prądu (gambijska codzienność) i w każdej chwili mogłem przełączyć zasilanie na awaryjne (z akumulatora samochodowego i przetwornicy zmieniającej napięcie na 220V). Mało kto wie, że taki system jest prosty i tani, nie używa benzyny, nie hałasuje i nie śmierdzi jak generator. Całe szczęście system nie okazał się potrzebny, bo NAWEC (gambijski, państwowy monopolista sprzedający prąd i wodę) okazał się dla nas tego dnia łaskawy.

Goście (głównie dzieciaki) zaczęli schodzić się popołudniu. Nie wiem ile ich było, bo ciężko zliczyć tańczącą czeredę, ale trochę się zebrało. Zabawa przy głośniej muzyce, ale bez alkoholu trwała do późnego wieczora. Oprócz naszego tortu dostaliśmy jeszcze jeden od cioci Mariatou, która jest dla naszej córuni tutejszą „chrzestną”. Także dla nikogo nie zabrakło, a nawet nam troszkę zostało.

Przy tym całym afrykańskim stylu nie zapomniałem jednak o naszej polskiej tradycji. Bez rozgłosu uzbierałem kilka przedmiotów i dałem je Marysi do wyboru. Stała nad nimi chyba z minutę i z ciekawością na nie patrzyła aż w końcu bez wahania podniosła nici z igłą i z tym spokojnie odeszła. Jak się wróżba spełni to będę miał córkę krawcową, albo jak będzie moderniejsza to zostanie projektantką mody. Mimo, że się przed nikim z tym obrzędem nie afiszowałem, to zebrało się wokół mnie wiele osób, które z ciekawością zaczęły nagrywać ciekawe zjawisko swoimi telefonami.

Zdałem relację i zapraszam do oglądania zdjęć. Kiedyś z wydarzenia zmontowany zostanie film. Kolejny wpis postaram się opublikować jeszcze w tym miesiącu i będzie on o rasizmie.

To był maj, pachniało mango wszędzie

Nie dotrzymałem słowa!

Obiecywałem comiesięczne wpisy i jednak się nie udało… Kwiecień został pominięty. Mogę się jednak usprawiedliwić troszeczkę – praktycznie cały kwiecień byłem w Polsce. I to dopiero pierwszy raz odkąd przeprowadziłem się do Gambii! Oprócz Polski odwiedziłem także Czechy i Holandię. Te pierwsze, aby odwiedzić Piotrasa, o którym być może bym tu na gambijskim blogu nie wspominał, niemniej jednak to bardzo ważna postać… To właśnie z nim moja noga po raz pierwszy postanęła na gambijskiej ziemi już ponad trzy lata temu. Piotras był przy mnie jak poznałem Sonnę i utwierdzał mnie w przekonaniu, że przeprowadzka do Afryki to dobry pomysł! Do Holandii pojechałem z kolei troszkę z przymusu, bo właśnie stamtąd znalazłem przystępny cenowo lot powrotny. W Holandii odwiedziłem koleżankę ze studiów Karinę, o której też tu wspomnieć muszę, bo jako jedna z niewielu moich koleżanek była w Gambii (chyba jakoś w tym samym czasie jak my z Piotrasem)!

praga
Praski relaks.

Zanim wspomnę o mojej wizycie w utęsknionej ojczyźnie przypomnę co działo się w Gambii, zanim rzeczona wizyta doszła do skutku. Wspomniałem w tym wpisie o dwójcie moich polskich znajomych, więc pójdę za ciosem i wspomnę o kolejnych. W Marcu, jeszcze przed świętami odwiedzili mnie tutaj: Alicja i Kornel. Odwiedzinami tymi uzyskali tytuły pierwszych znajomych, którzy faktycznie tu do mnie przylecieli! Nikt im tego już nie zabierze. W przeciwieństwie do wielu innych osób za dużo się nie zapowiadali, tylko przybyli do Gambii na tak zwanym spontanie. Od pomysłu do jego realizacji minęły może ze dwa tygodnie… Wielki szacunek dla nich za to! Niestety, takich co mi obiecywali, że mnie odwiedzą było mnóstwo (sami wiecie o kim mówię 😉 ), zamiast Gambii wybierali Tajlandię, Indie czy inne Chiny, a Afrykę szerokim łukiem omijali. A Kornel z Alicją nic nie obiecywali, a się tu pojawili.

Wizyta to była wyjątkowa, ponieważ osobiście zgłosiłem ją do Gambijskiej Izby Turystyki! Dlaczego? Chciałem uniknąć sytuacji, kiedy to na lotnisku lub podczas zwiedzania Gambii zatrzymałaby nas policja i oskarżyła mnie o nielegalne transfery, wycieczki, a może nawet o próbę zamachu stanu, bo kto wie co donosiciel może mieć w głowie? Musiałem zatem napisać oficjalne pismo informujące o tym kto i kiedy dokładnie do mnie przylatuje. Zrobiłem to i bezstresowo mogliśmy zwiedzać Gambię. Z tego co wiem to wizyta Alicji i Kornelowi bardzo się podobała. Zobaczyliśmy Bandżul, święty staw z krokodylami – Katchikally (błędnie zwany farmą krokodyli), farmę gadów i rajską plażę no i oczywiście wisienkę na torcie, czyli wschód kraju. Tradycyjnie pojechaliśmy szlakiem dwudniowej wycieczki do Janjanbureh, odwiedliśmy tajemnicze kamienne kręgi w Wassau, popłynęliśmy łodzią po rzece podziwiając ciekawskie szympansy i wielkie hipopotamy, a także nawiedziliśmy moich teściów w sielskiej Kesser Kundzie. Ciekawostką naszej wycieczki był fakt, że praktycznie na każdym posterunku, których w Gambii jest mnóstwo, Kornel pytany był, czy nie jest żołnierzem. Wszystko dlatego, że miał na sobie szorty moro. W Gambii (jak i wielu innych krajach afrykańskich) barwy maskujące zarezerwowane są dla żołnierzy, dlatego cywile w nich chodzić nie mogą. Całe szczęście turyści traktowani są w tej kwestii ulgowo i skończyć się może co najwyżej na upomnieniu. Kornela nikt nie upominał, ponieważ kogo jak kogo, ale żołnierza w krótkich spodenkach jeszcze chyba nikt w Gambii nie widział. Aktywnie spędzony tydzień minął szybko i po odjeździe moich gości zacząłem się pakować i przygotowywać do lotu do Polski.

kokosiaki
Z kokosami przez Gambię.

 

Z tym lotem to też ciekawa sprawa była. Kombinowałem, żeby zapłacić jak najmniej i… przekombinowałem. Chciałem poczekać na niską cenę last minute, a tymczasem cena wcale nie spadła, a wszystkie loty wyprzedano. Później nie miałem już wyjścia i musiałem kupić dość drogi bilet na ostatni lot do Polski drugiego kwietnia.

Bardzo mi się w kraju podobało, z Afryki oprócz kilku figurek, owoców baobaba i hibiskusa udało mi się przemycić troszkę cieplejszej pogody i było całkiem przyjemnie. Głównym celem mojej wizyty w Polsce było uzyskanie aktu urodzenia dla mojej Marysi. Obywatelstwo otrzymała w momencie urodzenia, ale jak wiadomo obywatelstwo bez odpowiednich dokumentów nic nie znaczy. Po ciężkich przejściach związanych z uzyskaniem polskiego aktu małżeństwa byłem przygotowany na wszystko, jednak ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu sprawa poszła bardzo gładko i nie licząc dwóch dni oczekiwania na tłumaczenie, akt urodzenia załatwiłem w jeden dzień! W ogóle to urzędy w Polsce, w porównaniu z tymi w Gambii to bajka. Wniosek o nowy dowód osobisty złożyłem w centrum handlowym, a do Urzędu Pracy (pełniącego dla mnie funkcję urzędu darmowych ubezpieczeń) umówiłem się na spotkanie przez internet i nie musiałem stać w żadnej kolejce. Mało tego, gdybym miał zrobiony zaufany podpis elektroniczny (co później załatwiłem) to mógłbym zarejestrować się jako bezrobotny nie wychodząc z domu. Dwa lata temu takich bajerów nie było. Ubezpieczenie było mi potrzebne, aby udać się do paru lekarzy i dentystów. Mimo wszystko bardziej ufam polskiej niż gambijskiej służbie zdrowia. Z innych nowości to w Warszawie otwarto nową nitkę metra, a w Bydgoszczy planowaną od 30 lat linię tramwajową do Fordonu. Ani jedną ani drugą nowinką się nie przejechałem, gdyż w Warszawie byłem za krótko, a w Fordonie u znajomych tak długo się zasiedziałem, że zamiast tramwaju pozostał mi nocny autobus.

W Polsce miałem też okazję poopowiadać o Gambii (a raczej o podróży do Gambii) w nieco szerszym gronie niż grono znajomych. W końcu udało mi się załapać na cykliczny festiwal „Podróżnicy”. I to na ostatnią chwilę. Wysłałem zgłoszenie po terminie i nie było już dla mnie miejsca w grafiku, jednak dzień przed festiwalem zwolniło się jedno miejsce i mogłem nieco pomówić o podróży „Skodilakiem do Afryki” oraz zaprezentować kilka zdjęć. Publiczność przyjęła mnie bardzo ciepło, szczególnie kiedy na koniec pokazałem zdjęcie „owocu” tej wyprawy, czyli naszej Marychny.

w_polsce
Gambijski tubab na festiwalu “Podróżnicy”.

Miesiąc minął szybko i znów przyszło mi się pakować. Tak jak wspomniałem, wracałem przez Amsterdam liniami czarterowymi Tui. Muszę te linie pochwalić, bo za niewielką dopłatą pozwalają zabrać nawet 50 kg bagażu rozłożonego na kilka pakunków. Sam wykupiłem 30, do tego 10 miałem w podręcznym i wcale nie bało mi lekko tego wszystkiego taszczyć.

amsterdam
Amsterdam.

A co w Gambii? Podczas mojej nieobecności moja córeczka postawiła swoje pierwsze kroki. Mimo wszystko nadal woli raczkować. W ten sposób przemieszczanie się zajmuje jej znacznie mniej czasu. Dla nas najważniejsze, że rozwija się dobrze i sprawia nam mnóstwo radości. Na wakacje planowaliśmy wspólny wyjazd do Dakaru do Ambasady Polski, jednak na jak na razie nadal nie została ona otworzona. Dodatkowo od kilku miesięcy zamknięta jest granica między Gambią a jej sąsiadem. Turyści jadący do rezerwatu Fathala dojeżdżali do granicy, przechodzili ją pieszo i dalej jechali senegalskim środkiem transportu, ale szczerze powiem, że nie wiem czy ten sposób działa także dla miejscowych. Jedno jest pewne. Skodilakiem i tak bym nie przejechał. Jak widać nasza wspólna droga do Polski nie jest usłana różami.

Cały czas zastanawiam się czemu sezon turystyczny trwa tu tak krótko? Na miejscu pewnego polskiego biura czarterującego samolot do Gambii pomyślałbym nad jego wydłużeniem. Przynajmniej do końca maja. Nadal nic nie pada, a temperatury nad oceanem (bo w głębi lądu jest teraz około 40 stopni) są na moje oko niższe niż w grudniu. W dzień w cieniu temperatury nie przekraczają 30 stopni, w nocy oscylują w okolicach 20. Jest więc pięknie! A najpiękniejsze w gambijskim maju jest to, że właśnie teraz dojrzewać zaczyna mango. Bez urazy, ale kto z czytelników nie był w kraju tropikalnym i nie próbował świeżego mango prosto z drzewa to tak naprawdę nie ma pojęcia jak mango smakuje. Podczas pobytu w Polsce miałem okazję spróbować mango z supermarketu i z tej okazji świadomie nie skorzystałem… Co to za mango które nie pachnie intensywnie po lekkim nacięciu jego skórki? Ohyda! Na pocieszenie dodam, że Gambijczy nie wiedzą jak smakuje dobre jabłko… Po pierwsze dostępne tu jabłka są koszmarnie drogie, po drugie nie ufam czemuś jabłkopodobnemu co leży kilka dni w 30-sto stopniowym upale i się nie psuje. Całe szczęście moja rodzinka miała okazję zasmakować naszych jabuszek dzięki kochanym turystom z Polski. Za wszystkie jabłka, kiełbasy, sery i ogórki kiszone otrzymane od Was w tym sezonie serdecznie dziękujemy!!! Za wszystkie inne podarunki oczywiście też.

mango
Tuż przy domu.

 

Teraz czekamy na porę deszczową. W tym roku postanowiłem zostać z moją córeczką i nigdzie się nie ruszać. Muszę tu pozałatwiać wiele spraw, aby od listopada działać już całkiem oficjalnie bez widma wezwań i tłumaczenia się w Gambijskiej Izbie Turystyki. Oprócz tego czekają kolejne odcinki „Skodilakiem do Afryki”  do zmontowania, a w przyszłym miesiącu powinna wystartować odnowiona strona PolAfri z aktualnymi informacjami o Gambii.

Dla psiarzy jeszcze akapicik o moim Vincencie. Urósł skubany w oczach, waży ponad 15 kilo i gdy z nim spaceruję wzbudza szacunek. Ludzie schodzą mu z drogi i o to mi chodziło. Z takim psem (mimo, że jest strasznie przyjazny) nie muszę się martwić, że ktoś niepowołany wejdzie na mój teren. W nocy szczeka, jak tylko ktoś zbliży się do bramy. Raz miałem z nim bardzo śmieszną sytuację. Szedłem z Hawą i Vincentem, gdy naprzeciw nas pojawił się gangura – przebieraniec z maczetami, który straszy dzieci i dorosłych i zbiera drobne pieniądze lub dary rzeczowe od straganiarzy. Niestety jak tylko Vincent zobaczył kogoś krzyczącego i wymachującego niebezpiecznymi narzędziami w naszą stronę to zaczął tak szczekać, że gangura aż odskoczył do tyłu! Takiego psiaka było mi trzeba.

Na koniec zachęcam do odnalezienia na Facebook’u strony Misja Gambia  i zapoznania się z apelem jej autorów. Grupka zapaleńców z Polski pomaga od jakiegoś czasu malutkiej szkole w Gambii, a niestety obecny jej (szkoły) dyrektor nie jest chętny do współpracy i nie chce odebrać darów dla szkoły, które czekają na niego w porcie w Bandżulu (brzmi idiotycznie, ale niestety tak tu czasem jest). Załoga Misji Gambia prosi o wysyłanie wiadomości do tego dyrektora, aby wyjaśnił, dlaczego nie chce aby dary trafiły do szkoły…

vincent_marysia
Córa i pies.

Historia pewnego dzwoneczka

GPSy w komórkach, elektroniczne nianie i setki innych wynalazków dbających o bezpieczeństwo naszych bobasów… A myśleliście kiedyś jak radzono sobie dawno temu, kiedy nie było elektroniki, a nawet prądu?

Przyjechała do nas już po raz kolejny moja kochana teściowa (od afrykańskiej teściowej łapy precz, pisałem już o tym). Tradycyjnie przywiozła ze sobą orzeszki ziemne i kilka innych wiejskich smakołyków, ale tym razem miała coś jeszcze. Ze swojego tobołka wyjęła w pewnym momencie mały dzwoneczek… Zwykły, chyba mosiężny, podobny do takich, którymi bawiłem się sam mając kilka lat. Powiedziałem Sonnie: fajna zabaweczka, ale nasza córeczka jest chyba na nią jeszcze trochę za mała…. A Sonna mi na to, że to nie do zabawy przecież. Marysia raczkuje już jak szalona, a nawet pierwsze kroki stawiać próbuje i wystarczy chwila nieuwagi aby zniknęła nam z oczu. I w tym momencie właśnie do akcji wkracza dzwoneczek. Prosty wynalazek. Nie wymaga baterii,ładowania, a swoją rolę spełnia przez cały czas. Wystarczy go w odpowiednim miejscu zamontować.

Od samego dzwoneczka (który wyjątkowy wcale nie jest) ciekawsza jest jego historia. Zaczyna się ona kilkadziesiąt lat temu, na dalekiej gambijskiej prowincji Imperium Brytyjskiego gdzie w nieznany nam sposób zdobywa go babcia (od strony mamy) Sonny. Kto wie? Być może otrzymała go od swojej mamy, ale to już tylko domysły… Dzwoneczek służy jej jako sztuczna (bo przecież nie elektroniczna!) niania dla pełnego energii wujka mojej żony. Chroni malca przed zbytnim oddalaniem się w stronę pełnego pawianów i innych niebezpiecznych zwierząt buszu. Kiedy Jibbie (imię wuja) dorósł na tyle, że już nie potrzebował „GPS’a” przejęła go jego siostra Penda, czyli mama Sonny, a moja teściowa. Schowała dzwoneczek w bezpieczne miejsce i czekała aż sama zaczęła go potrzebować. Nastąpiło to, gdy raczkować zaczął starszy brat Sonny, przedostatnie dziecko Pendy. Niestety malec dzwoneczka nie donosił… Zmarł zanim jeszcze zaczął chodzić. Dzwoneczek znów przestał być potrzebny na ponad trzydzieści lat.

I nagle w drugiej dekadzie XXI wieku, gdy nawet w Gambii ludzie mają po dwa telefony komórkowe, a internet pozwala na komunikowanie się z całym światem, Sonna przypomniała sobie o istnieniu dzwoneczka. Przy ciągłych brakach prądu i częstym przebywaniu na zewnątrz elektroniczna niania (którą odziedziczyłem po bracie) nie zdaje egzaminu. Dzwoneczek sprawdza się natomiast wyjątkowo dobrze. Tym to sposobem moja córa Maria Mariatou Bogdan stała się kolejną posiadaczką małego dzwoneczka z dużą historią.

mari_dzwoneczek.jpg
Dzwoneczek

Opis życia Polaka w Gambii